Żyję, żyję…
Ale co to za życie?
Gdzieś tak w 50% składające się z pracy bo średnio to robię 12 godzin na dobę. A nie przepraszam. Weekendy mam wolne.
Ostatnio wyszłam o następujących godzinach: 20:00, 00:30, 20:00 oraz 22:15. I to nie w ostatnim miesiącu tylko tygodniu. I nie, nie przyjeżdzam do pracy na 11:00 tylko na 7:30. Czasem 8:00. Mam ponad 80 nadgodzin a przypomnę tylko, że pracuję tu kurwa od 2 kwietnia. A mieliśmy też kilka dni wolnego [lany poniedzialek oraz 1 i 3 maja] więc 3 dni odpadły.

Brak słów.
Oszukali mnie!!!!!!!
Tak czuję się oszukana. Powiedzieli, że jest „sporo pracy i kilka tygodni będzie trzeba ziostać po godzinach ale tak do 18…]. Ładna mi 18!

Plusem jest to, że mnie chwalą. Miło. Ale helołłł
Ja nie sądziłam, że można tak pracować i nie paść na pysk po tygodniu. Znaczy wiedziałam, że niektórzy tak mogą, ale nie wiedziałam, ze ja też. Przeciez ja zawsze mówiłam, że ja nie jestem karierowiczką. I proszę… jak się myliłam :)

Poza tym to u mnie nic. Jak patrzę na tę stertę co to ją powinnam upracować to mi słabo.

No i w tym miejscu musze męża pochwalić. Znaczy powinnam, ale dziad pojechał do kolegów i nie obiera telefonów, więc nie wiem czy to zrobię…
Nooo doooobra…
Kanapki mi robi do pracy, z psem wychodzi 3 x dziennie, jeździ po mnie do pracy, sprząta, robi zakupy i zajmuje się sierściem. Tfu tfu żeby nie zapeszyć.

Dobra bo muszę jeszcze zaległości internetowe ponadrbiać.
Pozwolą Państwo, że nie sprawdzę literówek, błędów stylistycznych i ortograficznych [jakże licznych zapewne...]
Cmok