Mam urlop
Znaczy oficjalnie to odbiór nadgodzin.
Przez 2 tygodnie wolnego nie odbiorę nawet połowy tego co mam. Blizej 1/3.
Jedziemy nad morze, ale patrząc na pogodę taką jak dziś to nie wiem czy to dobry pomysł. Ale zaliczka juz poszła, więc trudno. Bieremy psa i wio.

Jessssu jaką wczoraj imprezę zaliczyliśmy. Niby nic… miało być kulturalnie po 6 piw na łeb z tytułu zakupu przez znajmoych samochodu. O 3:40 rozganiałam naprute w 3 dupy towarzystwo z ulicy do domu. Darli japy tak, że dziś nie chciałam wyjść z domu w obawie przed linczem sąsiedzkim.

A tak ogólnie do zapierdalam jak motorek.
średnio 10 h w pracy, dwa razy w tygodniu trening, pranie, gotowanie, prasowanie, zakupy, pies, sprzątanie. W weekendy budowa [dziś 10:30-18:00 + 2 godzinki na mopie w domu]. Niedziela jedyny wolniejszy dzień [żeby nie było także między innymi ze ścierą włapie] oraz odwiedziny u Agi/Karoli/zakupy. 
Dla porównania oto co mój mąż zrobił dziś


czyli ze nic. Kurwa NIC

Chce rozwodu.
Poważnie

Albo chcę żeby mnie ktoś zastrzelił.

Albo złotą rybkę i 3 życzenia

Dooooobra
Idę zobaczę co tam na blogasach się dzieje